O analizie, wykrywaniu problemów i sprawozdawczości
W Polsce od lat ścierają się dwa modele patrzenia na rzeczywistość publiczną. Pierwszy, charakterystyczny dla krajów postsowieckich polega na prezentowaniu rzeczywistości nie taką, jaka jest, ale taką, jaką chcielibyśmy widzieć. Jest to prezentowane na potrzeby społeczeństwa oraz przełożonych. Drugi- anglosaski i skandynawski, zakłada, że prawdziwy rozwój opiera się na wykrywaniu problemów, nazywaniu ich po imieniu, uczciwym analizowaniu i wyciąganiu wniosków, nawet jeśli są one niewygodne.
Z moich kontaktów z organizacjami i instytucjami skandynawskimi, w tym fińskim, wiem jedno: tam osoba, która potrafi wskazać błąd, nie jest traktowana jak winowajca, wichrzyciel czy „ktoś, kto psuje wizerunek”. Wręcz przeciwnie. Jest doceniana, bo pomaga poprawić funkcjonowanie całego systemu. Krytyczne myślenie i wskazywanie problemów nie tam powodem do obrazy, ale fundamentem sprawnego zarządzania.
Polskie realia: sprawozdawczość zamiast analizy.
Tymczasem w Polsce wciąż bardzo często dominuje logika wschodnia: system ma dobrze wyglądać.
Nieważne, czy działa.
Jako osoba aktywnie zajmująca się tematyką bezpieczeństwa społecznego, uczestnicząc w konferencjach, panelach i spotkaniach samorządowych, wielokrotnie obserwowałem jedną rzecz: im wyższy poziom władzy, tym bardziej spotkania zmieniają się w autopromocyjne prezentacje sukcesów. Prezydenci miast, starostowie, wójtowie prześcigają się w wyliczaniu, co już „zrobiono dla bezpieczeństwa mieszkańców”.
Problem w tym, że to, co opowiadają, często nie pokrywa się z rzeczywistością, którą znam od środka. A kiedy ktoś, jak ja, wskazuje fakty, zadaje pytania niewygodne, próbuje prowadzić rzeczową dyskusję, często… zamyka się część pytań, ucina wątek albo pojawia się otwarty atak ze strony prowadzących czy decydentów.
To nie jest normalne. To jest klasyczna, sowiecka mentalność, w której najważniejsze jest wrażenie, a nie prawda.
Czego naprawdę potrzebujemy wiedzieć jako mieszkańcy?
Nie interesują mnie kolejne informacje o zakupionych koparkach, planowanych magazynach OC, czy tym, że „trwają prace nad systemem”.
Chcę wiedzieć rzeczy realne, które mają znaczenie w sytuacji kryzysowej:
- Jaki jest faktyczny czas autonomicznego zasilania lokalnego szpitala?
- Czy nasza OSP dysponuje zabezpieczonym zapasem paliwa?
- Jak będzie wyglądać praca OSP w czasie sytuacji kryzysowej przy nieobecności swoich druhów będących jednocześnie zawodowymi strażakami?
- Co może stać na przeszkodzie organizacji lokalnych odpowiedników ukraińskich „punktów niezłomności”?
- Czy przedszkole, szkoła i inne tego typu obiekty mają awaryjne zasilanie lub przynajmniej przyłącze na potrzeby zewnętrznego agregatu?
- Gdzie są alternatywne punkty poboru wody?
To tylko kilka pytań, pierwszych z brzegu, które powinien móc zadać każdy mieszkaniec i na które powinny istnieć jasne, publiczne odpowiedzi.
Jeśli ich nie znamy, żyjemy w bańce samozadowolenia, która prędzej czy później pęknie. A kiedy pęknie, koszty poniesiemy wszyscy.
W skali lokalnej problemów jest dużo. W skali miasta, powiatu czy regionu jest ich jeszcze więcej.
Nie wskazuję problemu by kogokolwiek „atakować”, ale po to, byśmy wszyscy mogli przygotować się odpowiedzialnie i z wyprzedzeniem.
Uczciwe mówienie o problemach jest bardzo ważne, ponieważ rzeczywistość zawsze mówi w końcu „sprawdzam”. A jeśli system budowany jest na marketingu, nie na faktach, to upadek z takiej drabiny jest wyjątkowo bolesny.
Zdrowe państwo nie boi się prawdy. Zdrowy samorząd nie boi się krytyki. Zdrowa wspólnota nie obraża się na tych, którzy mówią „tu coś nie działa”.
